„Podejrzenie” Hitchcocka – historia pewnego niefortunnego zakończenia

Uwaga! Spoilery!

Muszę przyznać, że naprawdę cenię stare kino lat 30,40 i 50. Nie oglądam filmów sprzed lat z obowiązku czy dlatego, że wypada znać klasyczne tytuły. Niezmiennie pozostaję pod ogromnym wrażeniem filmów Alfreda Hitchcocka i choć nie umniejszam jego dziełom okrzykniętym istnymi arcydziełami, jeśli ktoś zapyta o ulubione filmy tego reżysera, bez wahania wymienię tytuły Zawrót głowy, Północ-północny zachód, M jak morderstwo i Podejrzenie. Alfred Hitchcock miał to wszystko czego potrzebuje twórca, by zostać ocalonym od zapomnienia. Ten niebywały dystans do siebie, celne oko oraz talent do opowiadania historii. Mądre inspiracje, a także pewne szaleństwo i odwaga sprawiły, że jego filmy wyznaczały kierunek późniejszym reżyserom. Jak nikt inny poruszał się po meandrach kryminału, potrafił zaskoczyć niespodziewaną akcją czy odwróceniem losów postaci (nie na darmo został okrzyknięty mistrzem suspensu), nieobce było mu kino noir z którego czerpał garściami. Z powodzeniem łączył kilka gatunków filmów i znany był z bezkompromisowego podejścia do pracy. Do czasu. W 1941 roku popełnił spory błąd, którego po wielu latach żałował. Widzowie nie kryli rozczarowania gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe.

Mając 42 lata, Alfred Hitchcock upodobał sobie powieść Before the Fact autorstwa Anthony’ego Berkeley (pseudonim Francis Iles) i zapragnął ją przenieść na ekran. Rok wcześniej reżyser nakręcił innowacyjny jak na początek lat 40 thriller Rebeka i zachęcony jego sukcesem, postanowił nie osiadać na laurach i wyreżyserować kolejny mroczny obraz (w głównej roli obsadził ponownie Joan Fontaine). Kryminał Berkeleya wydał mu się doskonałym materiałem na półtoragodzinny film. Obraz otrzymał tytuł Podejrzenie (Suspicion), a w głównych rolach oprócz nagrodzonej za swoją pracę Oscarem aktorki, widzowie zobaczyli szarmanckiego Brytyjczyka – Cary Granta, którego gwiazda lśniła mocno już wtedy, a w latach 50 jeszcze mocniej.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że dziś z trudem patrzy się na dzieła lat 40 czy 50 przez pryzmat nowoczesnego kina, a filmy nie podlegają kryteriom dzisiejszego widza. Zwolennicy dzieł dawnego Hollywood zgodnie przyznają, że takich filmów już po prostu się nie tworzy. Jeszcze bardziej niż teraz na widza oddziaływała muzyka i światło. Oba te elementy wprowadzały w stan napięcia lub błogiego spokoju, scenom pocałunków towarzyszyły wzniosłe melodie. Aktorzy grali ekspresyjnie zupełnie jakby występowali przed widownią zgromadzoną w teatrze. Zaś damska część obsady popadała na planie w zbytnią i przerysowaną egzaltację nierzadko wykonując przesadne gesty dłońmi.

W thrillerze niepokój musiał być wprowadzany w inny sposób. Na ekranie nie lały się hektolitry krwi, a mimo to czy może raczej dlatego trzeba było nie co więcej, by widz poczuł dreszcz na skórze i by wywołać u niego silne emocje. To wszystko jednak ma swój nieodparty urok i czar. Filmy tzw Złotej Ery Hollywood są więc odrębnym artystycznym bytem wymykającym się jakimkolwiek przyjętym dziś normom. Ogromna popularność i wysokie oceny większości filmów świadczy o tym, że mają one swoich zagorzałych zwolenników, a aktorzy święcący triumfy wiele lat temu, uchodzą za ikony kina i niekwestionowane aktorskie talenty.

Podejrzenie, to jeden z tych filmów Hitchcocka, który z pozoru opowiada prostą, błahą historyjkę o dwojgu zakochanych ludziach, ale pod tą wierzchnią warstwą kryje się o wiele więcej. Im dalej widz zagłębia się w losy głównej bohaterki tym bardziej ciekaw jest tego, co jeszcze się wydarzy. To doskonały przykład fuzji kilku gatunków – od komedii, filmu noir, dramatu po kryminał. Główną bohaterką jest piękna młoda kobieta Lina McLaidlaw (Joan Fontaine), która zdawać by się mogło mocno stąpa po ziemi, w wolnych chwilach oddaje się czytaniu książek, a obecnie studiuje podręcznik pt. Psychologia dziecka. Pewnego razu w pociągu poznaje uroczego i wygadanego Johnniego Aysgarth (Cary Grant). Mężczyzna ma niewielkie kłopoty bo brakuje mu kilku drobnych na zakup biletu. Jego urok osobisty bardzo mu pomaga w wykaraskaniu się z niezręcznej sytuacji. Lina ku swojemu zdumieniu widzi w plotkarskiej rubryce pewnego czasopisma zdjęcie swojego towarzysza. Okazuje się być on podrywaczem działającym na kobiety jak magnez, zawsze otoczonym wianuszkiem wielbicielek.Wszystko wskazuje na to, że Lina wpadła mu w oko i już niebawem zaloty mężczyzny staną się śmielsze, a nawet momentami bezczelne. Wychowana w zamożnej acz surowej rodzinie przez ojca wojskowego (Cedric Hardwicke) oraz matkę (May Whitty), Lina już wkrótce straci głowę dla nie co nachalnego, ale wciąż uroczego i fascynującego adoratora.

Johnnie nazywa dziewczynę pieszczotliwie Małpeczką (z ang. Monkeyface) i zawraca jej w głowie do tego stopnia, że po kilku spotkaniach postanawia przyjąć oświadczyny i zostać jego żoną. Młodzi zakochani nie mówią nic rodzinie, biorą cichy ślub w tajemnicy i oznajmiają o zmianie stanu cywilnego dopiero po fakcie. Nowożeńcy wprowadzają się do dużego, pięknego domu i zatrudniają służącą Ethel, ale już za chwilę Lina będzie musiała skonfrontować swoje oczekiwania z prawdą. Jej małżonek jest bez grosza przy duszy, narobił długów, nie chce pracować, ale bardzo podoba mu się wygodne życie i ma nadzieję, że bogata rodzina Liny będzie wspierać młodą parę finansowo.

Alfred Hitchcock opierał się jednak na powieści z 1932 roku i nie mógł pominąć kluczowego, tajemniczego wątku. I tak na skutek kilku zdarzeń, zbiegów okoliczności i kolejnych rozczarowań młoda żona zaczyna podejrzewać, że mąż jest nie tylko kanciarzem i notorycznym kłamcą, ale być może nawet mordercą, który nie cofnie się przed niczym, by zdobyć majątek i móc wieść beztroskie życie. To właśnie tytułowe podejrzenie staje się siłą napędową filmu i tak bardzo przykuwa uwagę do tego, co widzimy na ekranie. Z każdym dniem Lina przekonuje się, że Johnnie nie jest tym, za kogo się podawał przed ślubem mimo, że zapewnia ją o swoim głębokim uczuciu. Kobieta czuje wiele różnych i sprzecznych emocji – przechodzi od miłości i wdzięczności po strach, panikę i smutek. Najgorsze, że wydaje się być w tym wszystkim sama. Zamknięta w dużym domu, z dala od matki (ojciec umiera niedługo po ślubie). Jej towarzyszami są służąca i miejscowa autorka kryminalnych powieści Isobel oraz kolega Johnniego – Beaky Thwaite (Nigel Bruce), którego Lina zdążyła polubić. Niestety kolejne dni przyniosą jej jeszcze więcej niepokojących sygnałów i skierują myśli ku ucieczce od męża.

Podejrzenie ma jedną bardzo dużą zaletę – nie daje nam wytchnienia. Akcja ani na chwilę nie nuży, a dzięki suspensowi napięcie jest tutaj jeszcze silniejsze i angażuje widza w rozwiązanie zagadki. Do ostatnich chwil wstrzymujemy oddech i czekamy na to, co wydaje się być nieuchronne i ze wszech miar logiczne. Film kończy się jednak banalnie, szybko,a finał gorzko rozczarowuje. I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że Hitchcock przyzwyczaił widza do zakończeń stawiających znak zapytania. Tak się nie stało z obrazem Podejrzenie. Zakończenie rujnuje wszystko, co budowano tak misternie przez ponad godzinę. Widzowie byli zgodni – tu pasowałby mocny finał i wyraźna demaskacja głównego czarnego charakteru.

Jak się okazało, brytyjski reżyser myślał o zupełnie innym zakończeniu dla swojego najnowszego filmu. Również w książce losy bohaterów toczą się zgoła inaczej niż na ekranie. Dlaczego więc Hitchcock zmienił zdanie i zgodził się na odstające od reszty zakończenie, które wydaje się być zupełnie nie w jego stylu? Niestety w tamtych czasach reputacja gwiazdorów wielkiego ekranu musiała pozostać nieskalana. Obawiano się, że rola czarnego charakteru zszarga dobre imię aktora, postawi go w złym świetle i nadszarpnie nienaganny wizerunek. A przecież mowa była tu o samym Carym Grant. Dopóki jego nazwisko nie pojawiło się w obsadzie, właściciele studio RKO chcieli obsadzić w tej roli Orsona Welles znanego już wcześniej z ról typów spod ciemnej gwiazdy. Postać Johnniego rzeczywiście miała być mordercą, w dodatku szczegółowo zaplanowano scenę, w której ginie w lesie w trakcie obławy przeprowadzonej przez policję.

Istnieje teoria, że znany z osobliwych i nie co kontrowersyjnych zachowań reżyser do samego końca nie chciał zdradzić aktorowi jaką postać ma grać. Mógł być on zarówno zły jak i dobry więc zagubiony Grant nie bardzo wiedział jak poprowadzić swoją postać i na co położyć nacisk. Wielce prawdopodobne jest jednak to, że to presja ze strony menedżerów gwiazdy wywarła taki, a nie inny wpływ na ostateczną decyzję twórcy Podejrzenia. Grant był bożyszczem kobiet, amantem i jasną gwiazdą wytwórni, posiadał opinię męskiego superbohatera, szarmanckiego i ratującego damy z opresji. Kto więc mógł przyzwolić na to, by jedna rola zaprzepaściła konsekwentnie budowany wizerunek?

A zmiany wprowadzono wielkie. W książce Johhnie Aysgarth był odpowiedzialny za śmierć nie tylko Beaky’ego, ale także ojca swojej żony i wreszcie biednej Liny, którą ostatecznie postanawia otruć. Nie był też wierny przysiędze, którą złożył bo notorycznie zdradzał małżonkę, a nawet miał dziecko z pokojówką. Okazał się być także złodziejem ukradłszy Linie drogocenną biżuterię. Tak więc o ile film trzyma w niepewności i jedynie rzuca cień podejrzenia na postać Johnniego, tak w książce nie ma już żadnych wątpliwości, że to wyrachowany oszust, manipulant i morderca.

Co najbardziej może interesować, to to że tak naprawdę powstało kilka alternatywnych roboczych wersji zakończenia filmu. Nad scenariuszem pracowała nie tylko żona reżysera Alma Reville, ale również inni twórcy jak Joan Harrison, Samson Raphaelson oraz Nathanael West. Bill Krohn biograf Hitchcocka (autor książki wydanej w 1999 roku Alfred Hitchcock au travail (tłum. angielskie Alfred Hitchcock at Work)) wspomniał w biografii mistrza o wielu nieporozumieniach związanych ze scenariuszem i jego wielokrotnymi zmianami. Współpracownicy nie mogli dojść do porozumienia w kwestii czarnego charakteru i roli Liny w całej opowieści. Jedna wersja mówiła o tym, że Johhnie ma zostać mordercą, a jego ofiarą ma paść własna żona, którą miał otruć szklanką mleka z niewykrywalną toksyczną substancją. Kobieta miała to zrobić z własnej woli gdyż kocha męża i jednocześnie się go boi czując, że nie ma innego wyjścia. Postanawia jednak napisać prawdę matce i ustrzec przed złym losem innych. Po jej śmierci Johhnie spełnia wolę żony i wrzuca list do skrzynki pocztowej gwiżdżąc nonszalancko. Trzeba przyznać, że to niedopowiedziane i dwuznaczne zakończenie pasowałoby o wiele bardziej niż to, które otrzymaliśmy.

Druga wersja mówi o tym, że studio RKO wymogło na słynnym reżyserze, by opowieść dotyczyła kobiety, która jedynie podejrzewa męża o mordercze instynkty. W tym zakończeniu istotne było to, że małżonek wstępuje w szeregi Royal Air Force (siły lotnicze Wielkiej Brytanii), a po pewnym czasie staje się bohaterem o pseudonimie Monkeyface (dokładnie tak jak zwracał się do żony), ale nigdy nie zdecydowano się na nakręcenie takich scen.

Wielkie zmiany nastąpiły także przy opisaniu losów Liny McLaidlaw. Choć dziś trudno w to uwierzyć, Lina nie miała być w pierwotnej wersji taka słodka, zagubiona i niewinna. Po tym jak odkrywa morderstwo męża postanawia się z nim rozwieść i znaleźć pocieszenie w innych męskich ramionach. Miłość do męża i niewytłumaczalne pożądanie sprawiają, że postanawia do niego wrócić. Gdy jednak po pewnym czasie Johhnie ponownie zwraca się ku swojej morderczej naturze i podaje Linie truciznę, ta strzela do niego i zabija go, a widz przenosi się na salę sądową gdzie kobieta zostaje oskarżona o zabójstwo męża.

Drugi biograf Hitchcocka, John Russell Taylor w swojej książce Hitch wydanej w 1978 roku wspomina rozmowę mistrza z francuskim reżyserem i aktorem François Truffaut. W rozmowie tej padły słowa o kolejnym planowanym zakończeniu historii młodej pary. I tym razem Lina nie wypija mleka podejrzewając, że jest zatrute. Coś jednak nie daje jej spokoju i postanawia pójść do sypialni Johhniego. Zjawia się na czas i powstrzymuje męża przed wypiciem trucizny przeznaczonej dla niego. Żona udaremnia próbę samobójczą i wszystko kończy się szczęśliwie. Jak widać koniec budził niesamowite emocje i rodził spory co do ostatecznej wersji. A powstanie ich w takiej ilości świadczy o tym, że był to istotny projekt zarówno dla Alfreda Hitchcocka jak i jego współpracowników.

Niepocieszony Hitchcock wyznał, że został zmuszony do zmiany zakończenia, a on sam od początku był zwolennikiem książkowego pierwowzoru i usiłował wymusić choć niewielkie zmiany, by Johhnie Aysgarth pozostał jednak czarnym charakterem. Mam podobne odczucia. Przez kompletnie oderwaną od klimatu filmu końcówkę obraz traci bardzo dużo. Gdyby Cary Grant wcielił się w rolę mordercy i pozostał zły do samego końca prawdopodobnie w 1941 roku powstałby jeden z najlepszych filmów mistrza, dosłownie wgniatający widza w fotel, a Grant może jeszcze nie wtedy, ale po latach zostałby uznany za wielkiego aktora, który dla roli potrafi wyjść ze strefy komfortu i przebyć zdumiewającą metamorfozę. A tak, mamy tu nijak pasujący happy end i wybielenie postaci, która od samego początku jawi się jako podła i nie mająca skrupułów jednostka.

Poczucie osaczenia i beznadziei głównej bohaterki znalazłoby swoje logiczne wyjaśnienie w nieszczęśliwym finale wynikającym wprost ze scenariusza. Zamiast tego, podupadła na zdrowiu Lina wpędza się niepotrzebnie w poczucie winy i naiwnie rezygnuje z tego, co podpowiada zdrowy rozsądek. Pozostaje mieć jeszcze nadzieję, że to co słyszy na wysokim klifie przy stromej drodze nie jest wcale prawdą i wsiadając z powrotem do auta męża podpisuje na siebie wyrok, ale są to już raczej domysły i życzeniowe myślenie zawiedzionego ostatnimi minutami filmu widza. Tak z resztą życzył sobie sam Alfred Hitchcock. Jego zdaniem po scenie końcowej powinna nastąpić sekwencja, w której Johhnie jednak morduje swoją młodą żonę po powrocie do domu. Sam reżyser podkreślał, że wszystkie wydarzenia po pamiętnej wieczornej scenie mogłyby być także jedynie wymysłem wyobraźni lub fascynującym snem Liny popadającej stopniowo w obłęd. Do samego końca nie mógł pogodzić się z tym, że pozwolił na tak drastyczne zmiany w scenariuszu.

Podejrzenie jest filmem bardzo dobrym nawet mimo miernego zakończenia całej historii. Scena, w której Johnnie zanosi osłabionej żonie szklankę mleka przed snem to istny majstersztyk zarówno pod względem pracy kamery, oświetlenia jak i tła muzycznego (reżyser polecił umieścić specjalne jasne światło za szklanką, by spotęgować efekt widziany na ekranie). W trakcie tej sekwencji widz może poczuć nieprzyjemne ukłucie w żołądku. Także aktorstwo stoi tu na wysokim poziomie choć zdaniem wielu Joan Fontaine Oscara otrzymała za swoją rolę zbyt szybko i nie do końca zasłużenie. Aktorka z pewnością oddała emocje targanej sprzecznymi uczuciami żony popadającej stopniowo w depresję.

Ten czarno-biały film jest ważną pozycją w filmografii Cary’ego Granta i dziełem Hitchcocka, które warto znać. Gdyby reżyser nie uległ naciskom współpracowników, mielibyśmy do czynienia z dziełem skończonym i absolutnym. W końcówce filmu czuć nieprzemyślane decyzje, wahanie i rozterki Hitchcocka. Ponoć podobna historia miała miejsce w trakcie pracy nad obrazem Ptaki, ale to już materiał na osobny temat.

Inne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *