Joker – świeże spojrzenie na kino DC

Uwaga! Możliwe spoilery!

Zaledwie w sobotę wybrałam się na późny, wieczorny seans najnowszego filmu Todda Phillipsa. I co ważne w tym przypadku, poszłam do kina bez większych oczekiwań. Nie zaznajamiałam się wcześniej z dokładnym opisem filmu, ale od dawna docierały do mnie materiały promocyjne tej produkcji jak i wiedziałam, że główną rolę zagra świetny i charyzmatyczny Joaquin Phoenix (Gladiator, Ona, Spacer po linie, Królowie nocy). Nie wiedziałam za to zupełnie czego się spodziewać – czy akcji i groteski rodem z ekranizacji DC, czy elementów komediowych w połączeniu z wartkim kinem akcji? Czy jednego i drugiego?

Wszyscy mamy chyba w pamięci legendarną już i ostatnią rolę Heatha Ledgera w Mrocznym Rycerzu Christophera Nolana,ale również i inne wcielenia Jokera począwszy od Jacka Nickolsona, a na Jaredzie Leto kończąc. Zadanie było więc arcytrudne, a Phoenix nie uniknął porównań zwłaszcza do swojego młodszego poprzednika. 28-letni wówczas Ledger odnalazł w sobie niezmierzone pokłady aktorskiego szaleństwa, powstała nawet słynna improwizowana scena, której ostatecznie nie usunięto, a która wzbogaciła jeszcze obraz dla wielu stając się kultową. Heath Ledger jako Joker do dziś zostaje jednym z najlepszych odtwórców tej roli.

Aktor zmarł tragicznie jeszcze w roku premiery filmu (2008), a występ został doceniony najpierw nominacją do Oscara dla najlepszego aktora drugoplanowego, a później samą statuetką. Nagrodę Akademia przyznała aktorowi pośmiertnie, był drugą osobą, która została uhonorowana w kategorii aktorskiej po swojej śmierci. Występ Ledgera przeszedł więc do historii, a jego kreacja pojawia się we wszelakich zestawieniach najlepszych męskich ról w kinie. I jak z tym konkurować?

Istniała obawa, że obecny odtwórca roli Jokera pozostanie w cieniu legend, nie podoła wysokim oczekiwaniom widzów i krytyków. Tymczasem Joaquin Phoenix udowadnia, że nie na darmo został wybrany do tej roli i że konkurować wcale nie zamierza. Jego Joker jest po prostu inny niż wszyscy obecni na ekranie od lat. Aktor miał do wyboru próbować dorównać poprzednikom i naśladować ich sposób gry, albo stworzyć tę postać zupełnie na nowo. Jego idea działa i co więcej Phoenix wprowadza niemały zamęt w dotąd znanym nam świecie DC.

Z pewnością pomaga tu fakt, że mamy do czynienia z początkami największego wroga Batmana, który nie jest już do reszty świrem i wykolejeńcem zdolnym do okrutnych zbrodni, ale kimś jeszcze nie do końca ukształtowanym, w którym zło dopiero zaczyna kiełkować. Na jego życie i późniejszą przemianę wpłynie cała masa czynników zewnętrznych. Od pierwszych minut czuć jednak, że ten film to coś zupełnie innego i nie przystaje do znanych produkcji ze stajni DC. Joker uderza bowiem w bardzo poważne tony, których nie kojarzymy z rozrywkowym kinem akcji. Poznajemy człowieka przytłoczonego rozmaitymi problemami, przygniecionego codziennością, w której próbuje się odnaleźć.

Pheonixowi udało się to, czego jeszcze nigdy nie próbowano dokonać z postacią Jokera. Jego bohater niejednokrotnie wzbudza empatię, jest nam żal tego rozchwianego i skrzywdzonego człowieka niezrozumianego przez otoczenie. Prawdą jest, że wielu mogłoby się utożsamić z Arthurem Fleckiem i odnaleźć w nim cząstkę siebie. Jak często osamotnienie, odrzucenie, izolacja popychają człowieka do takich, a nie innych czynów? Ilu ludzi poczuje się zepchniętych na margines i zdecyduje się na ekstremalne i często moralnie nieakceptowalne zachowania?

Nasz bohater cierpi przez całe życie z powodu innych osób, które zadają mu ból, skrywa gdzieś w sobie fantazje o wielkiej scenie i występach jako komik, pogrążając się stopniowo w paranoi i sennych marzeniach. Nie potrafi nawiązać dialogu z drugim człowiekiem. Nie pomaga mu też schorzenie neurologiczne, które wywołuje napady niekontrolowanego śmiechu, co prowokuje najczęściej wrogie zachowania wobec jego osoby.

Film Joker porusza wrażliwy temat i zadaje pytanie odnośnie roli społeczeństwa i odrzucanych przez nie jednostek, nieprzystających do ogólnie akceptowanego wzorca. Czy to właśnie społeczność kreuje potwory i wyzwala w człowieku nikczemne instynkty, poczucie krzywdy i pragnienie zemsty za doznane upokorzenia?

Budzi to mimowolnie skojarzenia z profilami prawdziwych zabójców, którzy niejednokrotnie doznają w dzieciństwie traumy, upokorzeń będąc bitymi przez matkę lub ojca, często odrzuconych przez rówieśników, pozbawionych tego, co dziecko posiada w normalnej i szczęśliwej rodzinie, a więc akceptacji, miłości i poczucia bezpieczeństwa. Nie można tym usprawiedliwiać brutalnych zbrodni, ale niejednokrotnie pewne czynniki mają wpływ na kształtowanie się chorób psychicznych, które z kolei mogą prowadzić do tragicznych decyzji. Film porusza ciekawe kwestie i wywołuje u części widzów potrzebę dyskusji. Kino jest sztuką, która pozwala interpretować, analizować i oceniać. Joker absolutnie od tego nie ucieka.

Czy gdyby Arthur napotkał na swojej drodze ludzi, którzy naprawdę wyciągnęliby do niego pomocną dłoń, w ogóle doszłoby do jego przemiany w Jokera, on sam zdecydował się zabić? W filmie pada kwestia Ty nigdy nie słuchasz, codziennie zadajesz te same pytania, ale nie słuchasz. Słowa te Arthur kieruje do pani, która przeprowadza z nim sesje psychologiczne. Terapia jednak nie przynosi skutków, a środki pieniężne i wsparcie rządu zostają wycofane, co skutkuje nie tylko pogłębieniem psychozy u głównego bohatera, ale także koniecznością zaprzestania przyjmowania kosztownych leków na receptę. Złe wydarzenia pojawiają się właściwie raz za razem, a utrata pracy jest kroplą, która przeleje czarę goryczy.

Joker nie pozostawia widza obojętnym. Zamiast wielobarwnego, głośnego i zabawnego kina akcji do jakiego przywykliśmy wybierając się na film o superbohaterach, otrzymujemy dzieło niejednoznaczne, moralizatorskie, niekiedy ciężkie i duszne wywołujące sprzeczne emocje i dyskomfort. Gotham City jest pozbawione jakiejkolwiek komiksowości, a jedynym tropem, który naprowadza widza na miejsce akcji jest ukazanie postaci Bruce’a Wayne’a i jego ojca (jak wiemy Bruce stanie się w późniejszych latach Batmanem). Wydarzenia, które ujrzymy mogłyby się wydarzyć w Nowym Jorku lub innym dowolnym dużym mieście na świecie. Nie ma tu nic charakterystycznego dla uniwersum DC, jedynie to, że właśnie ukazana jest historia Jokera – jednego z największych złoczyńców tamtego świata.

Joaquin Phoenix wykreował tu jedną ze swoich najlepszych ról w aktorskiej karierze. Wrażenie dwumetrowego wzrostu wzmaga przeraźliwa i niezdrowa chudość ciała (choć aktor w rzeczywistości mierzy jedynie 1,73 m). Joker to skóra i kości, a przydługie pokraczne buty klauna sprawiają, że momentami wygląda groteskowo i żałośnie. Aktor odnalazł swoje własne szaleństwo – począwszy od śmiechu, a na gestykulacji, spojrzeniach czy uduchowionym, teatralnym tańcu kończąc.

Swoją rolą pokazuje, że Joker nie jest kreskówkową postacią przeniesioną z komiksu, a najprawdziwszym człowiekiem, być może sąsiadem za ścianą, którego głośny i psychodeliczny wręcz chichot przeszkadza nam w spokojnym wieczornym rytuale. Joaquin Phoenix cudownie ukazuje udręczenie i nieznośność bytu bohatera oraz stopniowe, ale z każdą chwilą przybierające na sile szaleństwo.

Ogromną rolę w życiu mężczyzny odgrywa relacja ze starzejącą się i chorą matką (Frances Conroy). Mieszkają oboje w nędznym mieszkanku, w którym oddają się jedynej rozrywce jaką jest oglądanie ulubionego programu swojego idola Murray Franklin Show (wspaniale sportretowanego przez Roberta De Niro).

Pomijając wszystkie przywary głównego bohatera, widać że kocha matkę i choć nie jest mu łatwo, opiekuje się nią, a kiedy ta trafia do szpitala naprawdę to przeżywa. Niestety rodzicielka również nie jest szczera wobec syna i Arthur odkryje skrywaną przed nim przez całe życie prawdę, której poznanie uruchomi kaskadę kolejnych wydarzeń. To z kolei odciśnie piętno na nim i na napotkanych przezeń ludziach.

Z każdej więc strony Arthur, a wkrótce Joker napotyka przeciwności, a kolejne zdarzenia utwierdzają go w przekonaniu, że wszyscy bez wyjątku stroją sobie z niego żarty i odnajdują w nim jedynie obiekt do drwin. Mimo niewątpliwie wielu niezawinionych przez niego okoliczności, staje się bohaterem tragicznym, dla którego dobre wyjście nie istnieje. Kiedy podejmuje coraz bardziej radykalne działania i popełnia kolejne zbrodnie, widz może czuć się nieswojo bo oto ktoś, kto jeszcze przed chwilą budził empatię, świadomie wkracza na ścieżkę zła, odczuwając dziką satysfakcję i obwiniając za wszystko system.

I w tym momencie obserwujemy dysonans. Joker wszczyna bunt wśród biednej społeczności, prowokuje zamieszki w mieście i daje pretekst innym ludziom z nizin społecznych, by dali upust swojej złości. Roszczeniowi, często brutalni mieszkańcy Gotham City upatrują w Jokerze swojego boga, idola uzurpując sobie prawo do brutalnych ataków na tych, przez których ich zdaniem znaleźli się w niedoli. To system, bogatsi od nich ludzie są winni wszystkim ich problemom i niepowodzeniom w życiu. To oni mają wszystko, ale są głusi i ślepi na problemy maluczkich, dlatego ci czują się uciemiężeni i gorsi. Rozwiązaniem ma być więc przemoc.

W chwili gdy Joker obiera taki kurs, w Stanach dochodzi do poważnych dyskusji na temat wątpliwie moralnego przesłania filmu. Zdaniem niektórych obraz może doprowadzić do eskalacji przemocy wśród pewnych kręgów i zachęcić do popełniania zbrodni. Patrząc na USA, od lat targane konfliktami na tle rasowym czy społecznym, takie zjawisko nie zdziwiłoby ani trochę.

Z pewnością jest gdzieś garstka ludzi, która uznałaby film Joker za inspirację. Ale czy można i powinno się obarczać taką odpowiedzialnością twórców, chcących po prostu stworzyć film o genezie powstania postaci Jokera, notabene wymyślonej już w 1940 roku przez Jerry’ego Robinsona, Billa Fingera oraz Boba Kane’a? Idąc tym tropem kino nie mogłoby poruszać wcale ważnych społecznie tematów, nie powstawałyby filmy o zbrodniarzach, mordercach, psycholach et cetera gdyż obawiano by się, że ludzie zaczną wychodzić na ulicę, by postępować jak ich ulubieni bohaterowie. Nałożono by kaganiec, a jeśli sztuka nie inspiruje, nie prowokuje do dyskusji i nie powoduje czasem nieprzyjemnego ukłucia w żołądku, jest pozbawiona sensu i nieprzydatna.

Sam Joker po pewnym czasie staje się głównym aktorem w jego własnym przedstawieniu, gdy tylko reflektory rzucają ostre światło i orientuje się, że znalazł się w centrum uwagi. Wychodzi z cienia kiedy uznaje, że całe jego życie było jednym wielkim dowcipem, a żadna z rzeczy, które miały dla niego jakiekolwiek znaczenie nie była prawdziwa. Zaczyna kierować nim pragnienie zemsty. I nie widzimy tu już małego, zagubionego, niezrozumianego i skrzywdzonego człowieczka, ale świadomego swojego wpływu na innych ludzi, przywódcę rebelii, mordercę, który wymierza sprawiedliwość własnymi rękoma.

Tajemniczy zabójca rodziców Bruce’a Wayne’a nosi maskę z wizerunkiem klauna, dokonuje więc zbrodni w sprawie popieranego przez niego Jokera. Mamy tu zatem nie tylko genezę powstania postaci złoczyńcy, ale także ukazanie zdarzeń, które będą bezpośrednią przyczyną stworzenia Batmana – jego największego wroga i przyszłego obrońcy Gotham City. Wyraz twarzy chłopca ubroczonego krwią własnych rodziców wrzyna się w mroczny krajobraz i jest niejako symbolem przemiany Jokera i jego wpływu na swoich wyznawców, którzy dokonują krwawych zamieszek w imieniu nowo narodzonego idola.

Warstwa wizualna Jokera pokazuje, że nic, co jest obecne w tym filmie nie jest dziełem przypadku. Sprana, czerwono-zielono-pomarańczowa kolorystyka, miękkie, przytłumione światło, obskurne ulice i budynki Gotham City tworzą razem obraz miasta, które osacza głównego bohatera i staje się dla niego miejscem nieprzyjaznym i dusznym. Brzydota Gotham powoduje, że wizje Jokera, jego psychiczne rozedrganie budzą najprawdziwsze przerażenie. Całości dopełnia fantastyczna, dramatyczna ścieżka dźwiękowa autorstwa islandzkiej kompozytorki Hildur Guðnadóttir.

Nie wszystko w Jokerze się udało. Od początku filmu po ostatnie jego minuty, jesteśmy konsekwentnie prowadzeni z punktu A do punktu B, bez żadnych zaskoczeń, zwrotów akcji czy choćby najmniejszej niewiadomej. Mniej więcej w połowie wiemy czego ostatecznie dokona Arthur Fleck, jakie będą tego konsekwencje, zdajemy sobie sprawę z tego, że film nie uraczy nas żadnym efektownym zabiegiem, a scena z jego młodą matką pozbawiona została choć krztyny subtelności i wykłada na stół wszystkie karty. I choć może nie jest to na pierwszy rzut oka duża wada, odbiera temu obrazowi szczyptę magii i oniryzmu, tak wyraźnie obecnych przez większą część filmu. Niepotrzebnie wszystko podane jest na tacy w kilku dosłownych sekwencjach, które pozbawiają widzów złudzeń i nie pozwalają ostatecznie na snucie domysłów.

Te wady nie przysłaniają jednak licznych walorów tej dwugodzinnej produkcji. Joker to jeden z lepszych filmów powoli mijającego 2019 roku. Jest efektowny, świetnie zrealizowany i dobrze poprowadzony. Dokonano najlepszego wyboru – Joaquin Phoenix jest Jokerem innym niż wszyscy dotychczas obecni na ekranie, tworzy tę postać na nowo i ukazuje widzom jego ludzką, nieraz udręczoną twarz. Momentami przypomina tu wyglądem innego wielkiego aktora Daniela Day-Lewisa, ale to od początku do końca jego własna historia, jego interpretacja tej postaci – Phoenix wykorzystuje swoją obecność na ekranie maksymalnie i kto wie, może za swoją rolę otrzyma nagrodę Akademii?

To film, który rzuca nowe światło na produkcje spod znaku DC. Więcej tu elementów dramatu i psychologicznego thrillera niż samej akcji i komedii. Joker jest widowiskowy, ale nie w sposób do jakiego przyzwyczaiły nas filmy o superbohaterach. Ta inność być może zachęci tych, którzy nie przepadają za adaptacjami komiksów, a cenią przede wszystkim dobre aktorskie rzemiosło i samą historię. Joker udowadnia, że tak znany i eksploatowany bohater obecny w kinie od lat, jeszcze skrywa jakąś tajemnicę przed widzem i potrafi zaskoczyć.

Inne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *