Finał Gry o tron jest…nijaki

Uwaga! Bardzo dużo spoilerów!

Gra o tron to nie jest jakiś tam serial. To serial, którego fenomen objął cały ziemski glob. Odcinki towarzyszą nam od 2011 roku. Pamiętam bardzo dobrze okoliczności w jakich rozpoczęłam wieloletnią przygodę z GOT. Straciłam wtedy najbliższą mi osobę. Serial miał być odskocznią i zajęciem w tym trudnym czasie. Chciałam jakoś zająć myśli, a czasem najlepiej jest pogrążyć się w jakiejś innej, niekoniecznie prawdziwej historii z wieloma wątkami. Seans zaproponował mi mój chłopak, a obecnie mąż. Przekonywał mnie, że opowieść mi się spodoba i że właśnie tego mi potrzeba. Wierzcie lub nie, sporo ludzi kolekcjonuje przeżycia, którym towarzyszą jakieś dzieła kultury – i nie musi to być serial. Czasem jest to film, sztuka lub piosenka z tekstem opisującym nasze uczucia. Taki był początek.

Nie polubiłam Gry o tron od samego początku, ale dałam temu serialowi szansę i cierpliwie, konsekwentnie oglądałam każdy odcinek. Z kolejnymi epizodami uczyłam się czegoś nowego – sceny tu są brutalne, dosłowne, sporo tu nagości i przemocy. Każdy ma tu coś za uszami bo nie istnieje do końca jednoznaczna dobra lub zła postać. A kiedy wydaje nam się już, że doskonale wiemy, do czego zmierza scenariusz, dostawaliśmy prawdziwą bombę, kompletne odwrócenie losów bohaterów i coś czego zupełnie się nie spodziewaliśmy. Przez kilka sezonów była to u mnie relacja typu love-hate. Z czasem jednak zżyłam się z bohaterami, znienawidziłam kilka postaci, a ciekawość dosłownie zaczęła mnie zżerać bo tak nie mogłam się doczekać kolejnego spotkania z Grą o tron.

Teraz mamy finał i doskonale rozumiem falę nieprzychylnych opinii jaka przelewa się obecnie w internecie. Jak mogliście przeczytać w poprzednich wpisach długo broniłam serialu, starałam się zrozumieć intencje twórców, ich pomysł na ósmy sezon, ale finał jest nijaki, bezbarwny i tak mało można o nim powiedzieć. Nie jest godnym zakończeniem tej niesamowitej sagi.

To tylko serial. Owszem, ale przez osiem lat jego emisji twórcy pokazywali nam zupełnie nową jakość. Główna postać została uśmiercona już w pierwszym sezonie, oglądaliśmy niezwykle finezyjne potyczki słowne i zaciętą walkę o władzę. Gra o tron pokazała, że od seriali można i powinno się wymagać czegoś więcej niż ładnych zdjęć, dobrej muzyki i przyzwoitej narracji. Serialowy format powstał na kanwie bestsellerowej powieści Georga R.R. Martina, a kiedy zabrakło książek, scenarzyści zostali bez materiału źródłowego.

Jak się okazało twórcy ostatniego sezonu nie mają pojęcia o prowadzeniu postaci, zabrakło im pomysłów na zakończenie ich losów zgodnie z ich charakterystyką i zmianami jakie przeszli. Poprzednio wplatali niezwykle ciekawe i istotne wątki, a obecnie scenarzyści zapomnieli o większości z nich. Już nawet to, że ostatecznie zdecydowano się na jedynie sześć odcinków daje do myślenia. Początek sezonu bardzo mi się podobał ze względu na dialogi, spotkania bohaterów i liczne nawiązania do poprzednich sezonów. Z czasem jednak uwidaczniało to braki w fabule w kolejnych odsłonach. Okazało się, że skutecznie odebrano czas innym, o wiele ważniejszym kwestiom.

Nie wszystko jest BE i zasługuje na wiadro pomyj. Dużo scen jest naprawdę dobrych. Jestem w mniejszości bo od początku podobała mi się cała bitwa o Winterfell. Fantastycznie została także nakręcona scena spalenia Królewskiej Przystani. Niektóre rozwiązania co do śmierci bohaterów też były niczego sobie. Towarzyszyły nam naprawdę piękne zdjęcia, muzyka. Tylko to jest Gra o tron do cholery. Czekaliśmy na coś więcej zwłaszcza, że od siódmego sezonu minęły całe dwa lata. Pozostawiono tak wiele pytań i luk. Finał powinien być epicki, ale nie był. Finał miał nam dać po mordzie, wstrząsnąć czymś, zastosować jakiś zabieg, który wywołałby w widzach szok. Zamiast tego koniec jest nudny, niespójny, zawiera sporo zbędnych scen i dłużyzny.

Przez cały ósmy sezon jak ognia unikałam wszelkich spoilerów, które wręcz zalały internet. Nie odwiedzałam miejsc typu Reddit żeby absolutnie nie natknąć się na zakończenie sagi. Wszystkie teorie rodziły się w mojej głowie po obejrzeniu odcinków. Niektóre się sprawdziły, niektóre nie. Skupmy się zatem na tym co wydarzyło się w tym ostatnim odcinku Gry o tron. Na dole odnajdziecie podsumowanie. Wymienię tam to, co według mnie grało, a co kompletnie nie wyszło. Jest to absolutnie subiektywna opinia i jeśli finał Was usatysfakcjonował to świetnie i naprawdę Wam zazdroszczę.

Tyrion ma swój moment

Powiedziałabym, że długi moment bo ta postać ma chyba najwięcej kwestii do wypowiedzenia w tym odcinku. Zanim jednak karzeł w ogóle otworzy usta, ujrzy dzieło zniszczenia swojej królowej. Przemierza zgliszcza i to, co dawniej było piękną Królewską Przystanią. Mija stosy zwęglonych ciał, a nawet tych, którzy jakimś cudem przeżyli tę masakrę.

Tyrion ma jednak jeszcze jedną rzecz do zrobienia. Rusza tam gdzie zginęli razem Cersei i Jaime. W Warowni Maegora zastaje pełno gruzu i zasypane przejścia. Odgarnia więc kamienie w nadziei na odnalezienie rodzeństwa. Po krótkiej chwili zauważa metalową dłoń należącą do brata. Jego oczom ukazuje się widok martwych ciał  splecionych dokładnie w ten sam sposób gdy zginęli kochankowie. Obraz smutny i przytłaczający.

Tyrion zostaje całkiem sam na świecie, szlocha nad Jaimem. Jakie by nie były ich relacje byli rodziną, a widok ciał tych dwojga wywołuje potok łez i prawdziwą rozpacz. Cersei pragnęła śmierci Tyriona, wydała na niego wyrok, później nasłała na niego Bronna z kuszą. Czy ona zapłakałaby tak samo nad ciałem brata? Tego już się nie dowiemy.

Szary Robak pogrążony w szale zabijania

Miasto dosłownie leży w gruzach, prószy śnieg choć z początku Królewska Przystań przykryta jest jedynie popiołem. Wokół piętrzą się spalone ciała, a Szary Robak właśnie dobija jeńców. Ostała się dosłownie drobna garstka żołnierzy. Widok nie podoba się oczywiście Jonowi Snow, który nie chce przyjąć do wiadomości, że Daenerys rozkazała zabijać tych, którzy się poddali i uszli z życiem z rzezi.

Gdy Jon odchodzi, by porozmawiać z Dany, Szary Robak dokonuje egzekucji podrzynając jeńcom gardła. Prawy, szlachetny Jon nie jest w stanie pogodzić się z takim obrotem spraw. Zbyt bliskie jest mu pojęcie honoru. Tam skąd pochodzi nie dobija się żołnierzy pojmanych w niewolę po przegranej bitwie (choć tak naprawdę bitwa to żadna, raczej rzeź bez szans na obronę).

Daenerys wygłasza płomienną przemowę

Majestatyczne ujęcie. Drogon rozpościera swe wielkie skrzydła za swoją matką. Daenerys wygląda jak groźna Smocza Królowa, której właśnie wyrosły okazałe skrzydła. Zwyciężyła. Wygłasza do swoich żołnierzy przemowę. Używa oczywiście mowy Dothraków więc Jon nie rozumie ani słowa. Szary Robak zostaje uhonorowany za swoje zasługi i wywindowany na stanowisko dowódcy wszystkich armii i Starszego nad Wojną.

Dany nie szczędzi pochwał Nieskalanym i Dothrakom i prosi o więcej. Jej ludzie reagują żywo na jej słowa. Jest tyle narodów, które pragną być wyzwolone spod tyranii. Ona Królowa Popiołów będzie wyzwalać kolejne miasta i nie spocznie póki nie oczyści ich ze zła. Jon budzi się gdy słyszy w obcym języku znajome słowo Winterfell. Cała przemowa szalonej królowej bezwiednie przywodzi na myśl mowy dyktatorów pokroju Hitlera. Słyszeliśmy już o pragnieniu oczyszczenia świata w imię większego dobra.

Przemowie przysłuchuje się także Tyrion. Zapewne pod jej wpływem, a także dlatego, że widział koszmar na własne oczy i odkrył ciała rodzeństwa, zbiera całą swoją odwagę i publicznie wypowiada Daenerys służbę ciskając podarowaną przez nią odznakę na schody. Mówi jej prosto w oczy: Uwolniłem brata, ale Ty wyrżnęłaś całe miasto. O dziwo Daenerys nie skazuje go od razu na śmierć, ale każde pojmać Tyriona i umieścić go w odosobnieniu.

Wahania Jona

Arya podkrada się niezauważenie do Jona starając się przemówić bratu do rozumu. Potem Snow odwiedza Tyriona gdzie ten jest przetrzymywany (nie jest to loch). Tam karzeł przyznaje się do błędu. Dotarło do niego, że Deanarys przejawiała oznaki szaleństwa już wcześniej, a on dokonał niewłaściwego osądu.

Argumenty nie do końca przemawiają jednak do Jona. Wciąż miota się z podjęciem ostatecznej decyzji. Jak mantrę powtarza, że to jego królowa, której służy i nie może pozbawić jej życia. Tyrion jeszcze przed jego odejściem wspomina, że niepodbitych miast zostało sporo, a Deanerys nie spocznie póki nie wyzwoli wszystkich ludzi włączając w to Aryę i Sansę. Groźba wisząca nad Winterfell i siostrami Jona zdaje się ostatecznie przekonać go do podjęcia niezwykle trudnej lecz koniecznej decyzji.

Jon wbija sztylet w serce Daenerys

Zanim stanie się to, co nieuniknione, Smocza Królowa jeszcze przez chwilę będzie przechadzać się po gruzach sali tronowej. Dotyka dłonią wymarzonego Żelaznego Tronu, ale nie zasiada na nim. To oczywiste nawiązanie do wizji z Domu Nieśmiertelnych gdzie ukazano przyszłość Daenerys. Widząc Jona uśmiecha się, przekonuje go, że razem będą władać nowym lepszym światem, złamią koło. Będą wyzwalać wszystkich uciemiężonych ludzi. Jej oczy rozbiegają się w szaleństwie. Jon po raz ostatni wyznaje jej, że zawsze będzie jego królową i całuje ją, po czym wbija jej sztylet w serce.

Kompletnie nie czuć tu żadnego napięcia. Przez chwilę para stoi w bezruchu i widz nie widzi dokładnie co się dzieje (dopiero wypływająca krew z ust Dany sugeruje co się naprawdę wydarzyło). Przez moment przebiegła mi po głowie nawet myśl, że to Jon został śmiertelnie ugodzony i zaraz osunie się na ziemię.

Bohaterowie nie mówią absolutnie nic, a Jon (a właściwie grający go Kit Harrington) pokazuje tak mało emocji, że zamiast czuć dramat i tragedię człowieka zmuszonego do zabicia swojej ukochanej, czujemy jedynie obojętność. Ta scena jest wręcz wyprana z emocji. Jon układa martwe ciało Daenerys, a do sali wkracza Drogon, który prawdopodobnie wyczuł, że coś jest nie tak z jego matką.

Drogon niszczy Żelazny Tron

Muszę przyznać, że to chyba najlepsza scena w całym odcinku. Fantastyczny i bardzo symboliczny moment. Smok jakby wyczuwał, że to ten właśnie tron i pragnienie władzy zgubiły jego matkę ostatecznie i doprowadziły do jej śmierci (a może po prostu widzi miecz w jej ciele i spoglądając na tron zauważa jeszcze więcej mieczy i postanawia go zniszczyć?). To zależy od tego czy przyjmiemy, czy smoki to naprawdę rozumne i empatyczne stworzenia.Wolę myśleć, że jest to scena pełna symboliki i smok naprawdę stopił Żelazny Tron opłakując swoją matkę.

Zanim Drogon podejmie próbę zniszczenia Żelaznego Tronu jeszcze chwilę skupi wzrok na Jonie. Być może to, że Jon pochodzi z rodu Targaryenów sprawia, że smok nie decyduje się go zaatakować, w jakiś sposób Snow budzi jego zaufanie. Zamiast spalić skuloną postać zieje ogniem na tron, który po chwili zaczyna topnieć. Właśnie w tym wszystkim najbardziej jest żal Drogona, teraz już samotnego bez braci i bez matki. Potem smok ujmuje delikatnie ciało Daenerys i odlatuje z nim w nieznane.

Tyrion zostaje wezwany na posiedzenie Wielkiej Rady

Następuje bardzo szybki przeskok w czasie. Jak na zdrajcę królowej oczekującego na wyrok ma aż zanadto słów do powiedzenia. Rada zbiera się w Smoczej Jamie. Któż tu jest? Między innymi Sansa, Arya, Bran, ale także ser Brienne, ser Davos, Sam Tarly (tak, ten Sam Tarly), Edmure Tully, Lord Gendry (teraz już nie bękart, a Baratheon), Yara Greyjoy (tym samym nie odegra ona już żadnej roli, to ostatnie sceny z udziałem tej postaci) czy Robin Arryn (szczyl ładnie podrósł i wygląda na zmanierowanego młodzieńca).

Po śmierci Daenerys następuje nowy ład w Westeros. Trzeba wybrać nowego króla Siedmiu Królestw. Zostaje nim…Bran. A dochodzi do tego poprzez głosowanie. Mamy jakieś zaczątki demokracji, coś próbuje wtrącić Edmure, ale zostaje wyśmiany (niech jeszcze koń dostanie głos! – zanosi się śmiechem Yohn Royce, lord Runestone). Kandydaturę Brana na króla zgłasza Tyrion i nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie był właśnie zakutym w kajdany więźniem.

W porządku. Przegłosowane. Bran zostanie królem, według Tyriona ma on najlepszą opowieść ze wszystkich i  wiele przeszedł. Na to zgadzają się wszyscy. Sansa zaznacza jedynie, że Północ pozostanie niezależna i ona będzie rządzić Winterfell. Wszyscy zgadzają się zupełnie tak jakby rada dotyczyła budowy mostu na rzece. Żadnych kłótni, żadnych obiekcji. Sansa od tak odłącza się od Siedmiu Królestw, a Bran będzie rządził pozostałymi sześcioma. Pełna zgoda zapanowała wśród lordów. Według Tyriona nawet lepiej, że chłopak nie może mieć dzieci. Historia pokazała, że synowie władców nie zawsze są dobrymi królami – tu oczywiście ma na myśli Joffrey’a puszczając oko do Sansy.

Bran Złamany mianuje swym namiestnikiem Tyriona, aby naprawił błędy przeszłości. Tym samym uwalnia go i chroni od kary. Szary Robak może tylko zaciskać pięści ze złości. W tej chwili to karzeł wychodzi z tej całej ciężkiej sytuacji zwycięsko. Mam taką teorię, która pali mnie od środka i aż muszę o niej napisać, ale będzie o tym w podsumowaniu.

Pozostaje jeszcze kwestia królobójcy. Szary Robak domaga się jego kary, najlepiej skrócenia Jona o głowę. Nowy król decyduje jednak, że Jon zostanie zesłany z powrotem na Mur do Nocnej Straży. Nie będzie mógł mieć żony, dzieci ani posiadać ziemi. Decyzję oznajmia Jonowi Tyrion – już nie więzień, a namiestnik króla.

Następne ujęcie ukazuje już Jona, który wyrusza odbyć swoją karę. Najpierw żegna się oczywiście z rodzeństwem. Arya wyznaje, że nie zamierza zostawać w Winterfell i uda się na zachód od Westeros, by odkryć nowe lądy. Tutaj zwróciłam jeszcze uwagę na Królewską Przystań. Choć minęły najprawdopodobniej zaledwie tygodnie od  spalenia znacznej jej części, prezentuje się dość okazale. Jak na spalenie takiej ilości mieszkańców, populacja też wygląda całkiem całkiem. Co z Szarym Robakiem? Przystaje na zaproponowane rozwiązanie, zbiera swoich ludzi i wypływa na wyspę Naath zapewne już na zawsze opuszczając Westeros.

Brienne wypełnia Księgę Braci

Scena jest może i dość długa, ale na swój sposób piękna. Brienne teraz już dowódca Gwardii Królewskiej, osobiście wpisuje losy Jaimego, uzupełnia jego biografię, wymienia liczne zasługi, pomijając niechlubne czyny. Nie może być obojętna gdy losy Jaimego Lannistera kończą się na tym, że jest królobójcą. Zachowuje się bardzo honorowo mimo, że złamał jej serce i ostatecznie wybrał Cersei. Nie wspomina o tym ani słowem. Zamiast tego piękną kaligrafią dopisuje zdanie zginął w obronie swojej królowej.

Pierwsze posiedzenie Małej Rady ukazuje dość zaskakujące wybory

Wokół stołu obok Tyriona zasiadają Brienne mianowana dowódcą Gwardii Królewskiej, Samwell Tarly jako Wielki Maester, ser Davos jako Starszy nad Statkami oraz…Bronn, który zgodnie z obietnicą otrzymał Wysogród. Co tu robi Bronn? Jest Starszym nad Monetą. Jakby tego jeszcze było mało w Grze o tron doświadczamy dość niezgrabnego zabiegu.

Sam przynosi księgę. Nie wystarczyło, że widzimy tytuł, scenarzyści włożyli w usta Tarly’ego słowa to Pieśń Lodu i Ognia. Takiego lokowania produktu i łopatologicznego zabiegu naprawdę się nie spodziewałam w finale Gry o tron. Dedeki serio? Tytuł powieści Georga R.R. Martina w dialogach? Historia wojen po śmierci króla Roberta nosi tytuł Pieśń Lodu i Ognia, a Samwell przyznaje, że pomógł wymyślić tę nazwę Maestrowi Ebrosowi.

Na radę przybywa Bran przywieziony na swym mobilnym tronie przez ser Podricka. Wykazuje się żywym zainteresowaniem co do losów smoka. Podczas gdy inni mają zająć się różnymi sprawami, on spróbuje w niewiadomym celu odnaleźć Drogona. Bronn natomiast jak to Bronn wykazuje najszczersze zainteresowanie burdelami. Jeszcze tylko 12 minut do końca.

Ostatecznie u władzy zostają Starkowie

Brandon zostaje królem Sześciu Królestw, Sansa spełnia swoje marzenie i zostaje królową Północy. Jako mała dziewczynka zapytała wiele lat temu matkę czy będzie pewnego dnia królową. Zakończenie jak z bajki. Choć trzeba przyznać, że w dwóch ostatnich sezonach wydoroślała. Arya odpływa statkiem w nieznane szukać przygód i odkrywać nowe lądy.

A Jon? Udaje się na Mur, a na miejscu spotyka Tormunda i swojego ukochanego acz porzuconego Ducha (uspakajam, Jon pogłaskał wilkora jak widać na załączonym obrazku i pewnie zwierzak dał się udobruchać). Ta sroga, ciężka zima dobiega już końca. Widzimy, że kawałek zielonej roślinki przebił się przez połacie śniegu. Można więc śmiało powiedzieć Spring is coming. Jon wbrew nakazowi króla wyrusza z Dzikimi szukać nowego domu tak więc jego wątek również nie kończy się tak tragicznie jakby się tego można było spodziewać. Nocna Straż praktycznie już nie istnieje, a Jon nie jest sam. Wielokrotnie przekonał się, że może liczyć na Tormunda.

Ostatnie minuty zawierają pięknie zrealizowane sceny. Mamy ujęcia rodzeństwa, które pokazane jest w tym samym momencie. Odbywa się uroczysta koronacja Sansy, ale nie widzimy nikogo z jej bliskich. Całości towarzyszy cudowna muzyka Ramina Djawadi. Tym razem utwór z czołówki serialu wzbogacony jest o chór. Wyszło znakomicie i bardzo podniośle.

PODSUMOWANIE

W tym odcinku jak i w pozostałych było kilka naprawdę dobrych scen. Przede wszystkim scena palenia Królewskiej Przystani, bitwa z Innymi, rozwiązanie wątku braci Clegane, szybka i efektowna śmierć Qyburna zabitego jednym ciosem przez Górę, którego notabene przywrócił do życia (także mistrz został zabity przez coś, co sam stworzył). Dość zaskakujący był powrót Jaimego do Cersei i nadal nie wiem do końca co o tym myśleć. Jest jednak wiele niedoróbek i pytań,na które nie udzielono odpowiedzi, a także sporo bardzo źle dokończonych wątków. A oto one:

Po co wyjawiono prawdziwe pochodzenie Jona Snow i dlaczego tak zmarginalizowano tę postać?

Z pochodzenia Jona robiono tak wielką tajemnicę a koniec końców na nic się zdało, że jest prawowitym dziedzicem Żelaznego Tronu. Mogło nie być w ogóle tego całego wątku. Skończył na wygnaniu za zabicie ciotki, którą musiał usunąć, by nie doszło do kolejnych rzezi, w dodatku namówił go do tego Tyrion, który wykaraskał się z każdych opałów w tej serii i jeszcze wybrał króla (doskonale wiedział jak szlachetnym mężczyzną jest Jon i jakie to musi być dla niego bolesne).

Nie zapominajmy, że Smocza Królowa tak naprawdę nie była na tych ziemiach żadną królową, a jedynie pretendentką do tytułu, a w ostateczności najeźdźcą tak więc Snow nie jest takim królobójcą jak chociażby Jaime. Czy Kit Harrington jakoś podpadł twórcom, że tak potraktowano postać Jona? Rada nawet nie wysłuchała tego co ma do powiedzenia, za to prowadziła rozmowy ze zbrodniarzem wojennym (jakby nie było) i najeźdźcą Szarym Robakiem.

Lord Varys nie wysłał jednak ani jednego kruka, a to co spalił było jedyną kartą jaką zapełnił? Nikt się nie dowiedział, że prawdziwe nazwisko Snow brzmi Targaryen czy po prostu nikogo to nie obchodziło? Po co Melisandre wskrzesiła Jona, po to by skończył znowu na Murze, zamiast dokonać czegoś heroicznego?

Ostatecznie nie ma żadnego znaczenia to, czy Jon jest bękartem czy synem króla. Nie ma nic do gadania. Przez cały sezon kroczył z miną tęskniącą za rozumem, uginał kolano, twierdził, że nie chce być królem i ewentualnie całował Daenerys (przynajmniej do momentu gdy dowiedział się, że są rodziną). Tak bardzo zrujnowali tę ciekawą postać.

O pochodzeniu Jona wiedział Sam, wiedział Tyrion, wiedział też Bran, prawdę znały Sansa i Arya. I nikt z tym nic nie zrobił na Radzie. Jon został potraktowany jak największy zbrodniarz bez prawa do głosu. Po tym co zrobił, ilu poświęceń dokonał, jak zależało mu na dobru innych, nie wstawiło się za nim nawet rodzeństwo (niby ze względu na złość Szarego Robaka, którego chciano udobruchać). Bękart na Mur! Całe szczęście, że Jon nie zostaje na Murze, a wyrusza z Dzikimi w nieznane i zostawia za sobą cały ten świat walki o władzę, by być może zaznać trochę szczęścia jako wolny człowiek. Po raz pierwszy podejmuje w pełni świadomą i samodzielną decyzję. Pocieszająca myśl.

Niezrozumiała decyzja Aryi i niepotrzebny powrót po wydarzeniach w Królewskiej Przystani

Nie, Arya nie miała jednak żadnej misji. Wraz  z nią oglądaliśmy 20 minut masakry mieszkańców Królewskiej Przystani i zwęglone ciała zupełnie po nic (ten plot armour momentami był nie do zniesienia). Wydawało się, że to ona ostatecznie zamknie inne zielone oczy skoro nie dane było jej zabić Cersei. Właściwie już lepiej było pożegnać tę postać w momencie gdy odjeżdżała na białym rumaku.

Tak, zabiła Nocnego Króla, ale stała się sprawną wojowniczką i skuteczną zabójczynią po to, by zostać podróżniczką? Przeszła naprawdę wiele, nauczyła się zmieniać twarze, przebyła bolesny trening, potrafi podkradać się bezszelestnie w każdych warunkach. Może warto było jednak dać tej postaci coś lepszego? Mogła np stać się kimś na wzór obrończyni, która będzie strzec bezpieczeństwa mieszkańców Westeros lub znakomitym szpiegiem? W tej roli pewnie spisałaby się wspaniale.

Już po jednym zdaniu Ogara Arya zrezygnowała z życiowej misji jaką jest zabicie Cersei Lannister, która była pierwsza na jej liście i która przysporzyła jej rodzinie tylu cierpień. To kompletnie nie w stylu tej postaci. Nie do tego przygotowywała się przez tyle sezonów, aby ostatecznie na końcu tej drogi zwyczajnie zawrócić i dać za wygraną nawet jeśli miałaby wtedy zginąć.

Cersei i jej banalna śmierć

Skoro już jestem przy Cersei, to nie mogę przeboleć tego, co uczyniono z tą postacią. W 8 sezonie została pozbawiona swojego charakteru i wszystkiego, co ją określało. Bo jak inaczej nazwać to, że przez wszystkie odcinki stała w oknie wieży i spoglądała na miasto? No tak, dała się jeszcze zaciągnąć do łóżka Euronowi.

Nie będę się już czepiać Jaimego. Gdy siostrze zagrażało niebezpieczeństwo zrozumiał, że ją kochał i wrócił do niej, by choć spróbować ją ocalić. Targały nim silne i sprzeczne emocje i okazało się, że nigdy nie zapomniał o miłości do Cersei i jednak nie potrafił od niej uciec.

Królowa była główną antagonistką i naprawdę podłą kobietą. Zasłużyła na bardziej spektakularną śmierć niż zgon w romantycznych objęciach pod gruzami (nawiasem mówiąc scena z Tyrionem z ostatniego odcinka wskazuje na to, że żaden sufit się nie zawalił, a ona i Jaime stali po prostu w niefortunnym miejscu). Już samobójstwo byłoby bardziej efektowne niż to, co zaserwowali nam twórcy.

Każda bardziej znacząca postać odeszła w sposób zapadający w pamięć. Nedowi ścięto głowę, Joffrey został otruty na własnym weselu, Catelyn Stark została zabita na Krwawych Godach, Varys został spalony żywcem, Tywin zastrzelony z kuszy przez własnego syna. Można tak wymieniać i wymieniać. Cersei zaś zasypały zawalające się cegły.

O ile ciekawiej byłoby gdyby Arya jednak podkradła się do Cersei z podmienioną twarzą (np Qyburna albo Jaimego, który zginąłby wcześniej i nie zdołał dotrzeć do siostry). Mina królowej byłaby bezcenna i warta długiego czekania. No bo kto nie pragnął jej śmierci od pierwszego sezonu?

Zbędny wątek Eurona, który wyłania się z wody dokładnie tam gdzie znajduje się Jaime Lannister

Naprawdę nie rozumiem czemu ta postać miała tak dużo czasu antenowego. Już o tym pisałam, ale Euron powinien był zginąć już w momencie palenia Żelaznej Floty przez Dany. Nie, musiała nadejść iście hollywoodzka scena, w której Euron wyłania się z morza akurat wtedy gdy Jaime zmierza do siostry. Wdaje się w pyskówkę z Jaimem Lannisterem co przeradza się oczywiście w bójkę zakończoną śmiercią tego pierwszego.

Jaime również dostaje mocno w kość. Ta scena nie wniosła nic oprócz tego, że Euron mógł mieć satysfakcję, że to on zabił Jaimego Lannistera, a Cersei mogła wypowiedzieć kwestię jesteś ranny! I tak mieli zginąć w gruzach. Szkoda, że przez scenę walki Eurona i Jaimego zabrakło czasu na inne o wiele istotniejsze dla finału kwestie.

Dwaj najwięksi gracze Gry o tron stracili ikrę

Mówię tu oczywiście o Tyrionie i Varysie. Varys – eunuch, który był w swoim knuciu genialny i nie odstawał ani trochę od poziomu Littlefingera (choć ostatecznie z niego także zrobiono głupca). Starszy nad Szeptaczami ginie w bardzo dziwny sposób. To nie w jego stylu dać się podejść i odsłonić. Potrafił wskazać królowi wszystkich spiskowców, ostrzegł też Aeryna Targaryena przed Lannisterami (inna sprawa, że ten nie posłuchał co doprowadziło do przejęcia miasta i śmierci króla).

On zawsze działał lekko w ukryciu, przewidywał ruch przeciwnika, miał swoje małe sierotki, które szkolił na doskonałych szpiegów. Nagle stał się naiwny, mówi Jonowi, żeby objął tron i otwarcie spiskuje przeciw swojej królowej nawet specjalnie się z tym nie kryjąc. Takie działania nie są w stylu Pająka. Czarę goryczy przelało to, że ostatecznie nie wysłał żadnego z listów z prawdą o pochodzeniu Snow. To tylko pokazuje, że od dłuższego czasu nie było pomysłu na tę postać. Najłatwiej było go spalić żywcem.

Tyrion zaś stał się w swoich działaniach nielogiczny, błędnie doradzał królowej mimo, że zawsze słynął ze sprytu i ponadprzeciętnej inteligencji i nie po raz pierwszy był namiestnikiem. Chyba lepiej byłoby już gdyby Daenerys kazała Drogonowi go spalić (Varys miał mniej szczęścia). W tym sezonie stracił nie tylko charyzmę, ale cały swój urok i osobliwe poczucie humoru. Nie wiem na ile to zasługa scenariusza, a na ile wcielającego się w tę postać Petera Dinklage, który być może poczuł już znużenie swoją postacią. To co widzimy to zaledwie cień dawnego Tyriona.

Obrady Wielkiej Rady jak kabaret

Nie wiem czy to nie najgorsza scena w całym 8 sezonie. Aktorzy wyglądali tak jakby wstydzili się wypowiadanych kwestii. Wyszło niezręcznie, groteskowo, mało śmiesznie, ale i mało „grotronowo”. Tyrion zakuty w kajdany jak zwykle ma najwięcej do powiedzenia i to zaraz po tym jak Szary Robak strofuje go słowami Zamilcz! Dość już twojego gadania! O ironio ostatni Lannister podsuwa kandydaturę Brana, a wszyscy zgadzają się na to, by chłopak został królem Siedmiu Królestw. Kiedy do głosu dochodzi Sansa, stwierdza, że Północ nie będzie już więcej klękać i  Winterfell pozostanie jednak niezależnym królestwem.

Czy to wojny, zmęczenie, czy upały w Smoczej Jamie sprawiły, że ani jedna osoba nie wniosła sprzeciwu? Takim oto sposobem powstaje Sześć Królestw. Mądrala Tyrion proponuje też, by spotykać się i wybierać nowego władcę w głosowaniu. Dosyć dziedziczenia, łamiemy koło. Nie muszę chyba dodawać, że tego typu system najszybciej zaprowadzi Westeros do kolejnych wojen? Wystarczy, że ktoś stwierdzi, że zmienia zdanie i znudzi mu się nowy porządek (spójrzmy tylko na ludzi Żelaznych Wysp i ich ciągoty do jatki). Konflikt murowany.

Skład Małej Rady również zadziwia. Bronn zostaje Starszym nad Monetą. Będzie się zajmował finansami Królestwa. Ten sam Bronn, który przez całe swoje życie był najemnikiem mordującym na zlecenie i za pieniądze. Wysogród mu nie wystarczył. Pierwszym palącym problemem będzie dbanie o to, by wystarczyło funduszy na burdele. Co tam głód w mieście. Bronn jest świetną, zabawną postacią, ale naprawdę ktokolwiek o zdrowych zmysłach powierzyłby mu tak ważną funkcję?

Bran wszystko zaplanował? (bardzo interesująca teoria na korzyść finału)

Takie mam wrażenie. Wszystko wygląda tak jakby ukartował całą historię z Tyrionem aby zostać królem. Od razu przypomina mi się scena kiedy w drugim odcinku Tyrion mówi Branowi, że ma dużo czasu i chętnie wysłucha tego, co ma mu do powiedzenia. Czyżby Bran zdradził Tyrionowi losy Daenerys, bitwy, tego jak to wszystko się skończy i obiecał karłowi, że znów będzie namiestnikiem króla? To tłumaczyłoby dlaczego wszystko dla Tyriona potoczyło się dobrze (był kiepskim doradcą Daenerys i zawiódł ją kilka razy lecz mimo to, nie rozkazała go spalić tak jak Varysa), a ostatecznie uniknął jakiejkolwiek kary.

Gdy Jon Snow przeprasza Brana, że nie było go przy nim kiedy było trzeba, Bran z tym swoim dziwnym creepy uśmieszkiem mówi Byłeś dokładnie tam gdzie miałeś być. Wygląda to dokładnie tak, jakby celowo puścił w obieg informację, że prawdziwe imię Jona brzmi Aegon Targaryen. Narobił sporo zamieszania po to, by skłócić go z Daenerys i by łatwiej straciła nad sobą kontrolę. Słowem Jon był pionkiem w grze, a Targeryenowie mieli zniknąć i ustąpić miejsca Starkom. Arya natomiast sprzątnęła Nocnego Króla i zrobiła to za pomocą sztyletu podarowanego przez Brana. W ten sposób miał utorowaną drogę do tronu (choć złośliwie można uznać, że tron ma już dawno przygotowany).

Czy na Radzie Tyrion i Bran odstawili małe przedstawienie? Więzień, zdrajca Daenerys dopiero co był zamknięty w celi, a teraz proponuje kto ma zostać królem, jak powinni być wybierani kolejni władcy i „niechętnie” zgadza się być namiestnikiem króla, którym zostaje jednogłośnie Bran Stark. Do tego w niemal każdej scenie z udziałem Brana i Tyriona, postaci te wymieniają między sobą porozumiewawcze spojrzenia.

Bran widział przeszłość, teraźniejszość i miał przebłyski przyszłości. W wizjach widział cień smoka unoszący się nad Królewską Przystanią. Mimo tak niesamowitych zdolności nie był zainteresowany, by jakkolwiek spróbować ocalić niewinne istnienia. Dziwna to postać, bardzo enigmatyczna i nieodgadniona. Jako trójoka wrona nie jest już w pełni człowiekiem, może zanikać w nim empatia i zwyczajnie ludzkie emocje. Sam mówi, że nie interesują go przyziemne rzeczy, ani bycie Lordem, ale chętnie zgadza się być władcą Westeros.

Wybór Brana na króla Sześciu Królestw jest więc co najmniej niezrozumiały gdyż taki król może kompletnie nie rozumieć potrzeb swoich poddanych. W dodatku co jeśli łączy go coś ze smokiem, a w scenie z bitwy o Winterfell gdy warguje wnika w smoka i wpływa na jego losy? Teorii co nie miara.

To już koniec. Jeszcze przez chwilę internet będzie żył finałem, jeszcze przez chwilę będą powstawać petycje rozgoryczonych fanów, wyśmienite memy, a sieć zaleją omówienia i teorie (przepraszam za to, że moje wyszło tak arcydługie). A potem prawdopodobnie temat ucichnie, a HBO wysmaży nową produkcję nastawioną na wielkie zyski. Niezależnie od tego czy finał Gry o tron satysfakcjonuje czy nie, szkoda że to koniec pewnego rozdziału w świecie seriali fantasy i ogarnia mnie pewnego rodzaju nostalgia. 8 lat to kawał życia (można zmienić stan cywilny, mieć dziecko, zmienić pracę, skończyć studia czy też kupić samochód lub mieszkanie). Kończy się na pewno pewna epoka.

Mimo wszelkich niedostatków, serial przejdzie do historii jako jeden z tych, które odmieniły oblicze telewizji. Wszystko za sprawą sagi Georga R.R. Martina. Pozostaje mieć nadzieję, że dane będzie nam doczytać losy bohaterów oraz że autor jednak zostawił kilka smaczków i niespodzianek dla czytelników.

Prawdziwym zwycięzcą Gry o tron zostaje Bronn 🙂

Inne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *