Władca pierścieni – pierścienie władzy. Mój problem z dzisiejszymi serialami fantasy

Rings of power

Uwaga! Spoilery!

Mhm..jakby to powiedział Geralt z Rivii. Naprawdę głęboko się zastanawiałam jak ugryźć tę recenzję najnowszego serialowego dzieła Amazon Studios. Dzieła, które jeszcze przed premierą zalało tsunami krytyki. Pomyślałam – poczekam, zobaczę, sama ocenię i wyrobię sobie jak zawsze własne zdanie, nie sugerując się opiniami innych. W osłupieniu spostrzegłam, że w dniu premiery serial miał ocenę 3,6 w skali od 1-10 co nie zdarzyło się chyba jeszcze nigdy (no może poza produkcją o Annie Boleyn, ale to już zupełnie inna historia).

Tak jak rozumiałam pretensje fanów Wiedźmina, tak rozumiem również gorzkie słowa wielbicieli J. R.R.Tolkiena. Władca pierścieni to kolejne bardzo znane o ile nie najbardziej znane i podziwiane na całym świecie uniwersum fantasy, które postanowiono „odkurzyć” po latach w wersji odcinkowej.

Twórcy, którzy nie stworzyli niczego

Za produkcją stoją raczej nieznane szerszemu gronu nazwiska J.D. Payne i Patrick McKay, którzy na koncie mają jeden jedyny tytuł Star Trek: W nieznane z 2016 roku. Dość niewiele jak na kogoś kto ma trzymać pieczę nad najważniejszym serialem 2022 roku. Showrunnerzy stali się już symbolem porażki wielomilionowych przedsięwzięć, a teraz po Lauren Schmidt Hissrich od Wiedźmina, Dedekach (David Benioff oraz D.B. Weiss) z Gry o Tron do tego grona niechlubnie dołączyli wspomniani wyżej Payne i McKay.

Tajemnicą jest ich wysokie stanowisko przy produkcji Pierścieni władzy podczas gdy jak sami przyznali w jednym z najnowszych wywiadów, nie wiedzą jak do tego doszło, że Amazon postanowił zatrudnić właśnie ich. Wyobraźmy sobie, że tworzymy produkcję za bagatela 3/4 miliarda dolarów. Nie zatrudniamy najlepszych z najlepszych, tylko gości którzy tworzyli różne rzeczy od 10 lat, ale nikt nie chciał podjąć z nimi współpracy i nie udało im się przez całą dekadę dostać do żadnego ważnego projektu. Taki jest prawdziwy obraz showrunnerów. Jakim cudem to oni więc zabrali się za prace przy powstawaniu najdroższego serialu w historii? Nie nam to wiedzieć.

Od początku serialowi towarzyszą kontrowersje, choć obserwując ostatnie poczynania twórców, czy faktycznie jesteśmy zaskoczeni, że świat Władcy pierścieni to znowu taki Nowy Jork tyle, że w Śródziemiu, że mamy reprezentacje poszczególnych grup społecznych, postaci bardzo odbiegające od książkowego pierwowzoru, a na każdym kroku czeka motyw girl power? Czy zaskakuje nas choć trochę, że zdecydowano się nie tworzyć serialu na kanwie materiałów źródłowych do których studio ma prawa (a więc trylogii i Hobbita)? Zamiast tego kolejny raz jesteśmy uraczeni beztroską twórczością scenarzystów?

Ich wymysły można podsumować stwierdzeniem, że gdzie diabeł nie może, tam showrunnerów pośle.

Kontrowersje dotyczą również nieudolnej promocji produkcji z fałszywymi, podstawionymi „superfanami Tolkiena” wykrzykującymi raz po raz Go Galadriel! Diversity!, Sauron is so hot! Gdy sprawdzimy ich konta w mediach społecznościowych okazuje się, że od dnia premiery nie ukazał się ani jeden post dotyczący tak rzekomo wyczekiwanego przez nich serialu.

A ludzie przestają tolerować te bezczelne zagrania, co widać dokładnie po ilości tzw. łapek w dół, które biły wszelkie rekordy. Filmik w ekspresowym tempie spadł z rowerka. Tak samo potraktowano materiał źródłowy zarzekając się, że serial powstał w poszanowaniu twórczości Tolkiena. A guzik prawda! Już na wczesnym etapie produkcji Pierścieni władzy głośno było o sprawie tolkienisty Toma Shippey wyrzuconego z prac nad projektem gdyż jego zalecenia wyraźnie mijały się z wizją nieopierzonych showrunnerów. I to właśnie te kłamstwa i manipulacje tak rozjuszyły fanów Tolkiena, którzy wyczekiwali serialu od momentu pierwszych zapowiedzi, że takowy w ogóle powstanie.

Amazon idzie w ślady Netflixa, czyli jak nie pisać seriali

Ale gdyby tak odrzucić na chwilę zgodność z tym co napisał autor Władcy Pierścieni, Silmarillionu czy Hobbita i skupić się na samym serialu jako produkcji godnej 2022 roku (a więc z najlepszymi efektami specjalnymi i wartką akcją)? Niestety nie mam dobrych wieści. Bo oto powstał kolejny, mało angażujący, nudnawy fanfik ze światem Tolkiena mający wspólnego tylko tyle, że wykorzystano słynny tytuł i imiona bohaterów. Więcej polotu miały seriale Herkules i Xena – wojownicza księżniczka razem wzięte.

To nie jest serial, który porwie widzów niesamowitą fabułą i angażującymi dialogami. Wręcz przeciwnie – nagromadzenie dziur logicznych powoduje bóle głowy, bohaterów rzadko kiedy można polubić, za dużo jest wątków oraz scen zbędnych (wymienię tylko siostrę Isildura, scenę epickiej ucieczki Galadrieli z lochów czy też wspinaczki na wieżę tejże w stylu Assassin’s Creed). W dodatku wszechobecny jest plot armor, kiedy to zawsze ale to zawsze ktoś ratuje kogoś przed ostatecznym śmiertelnym ciosem (absolutnymi rekordzistami w tej dziedzinie są elf Arondir oraz samozwańcza przywódczyni wioski, samotna matka Bronwyn).

Galadriela absolutnie nie zachowuje się jak mająca kilka tysięcy lat dostojna elfka. Zamiast tego grozi Numenoryjczykom przemocą, jest żądna zemsty, a swojego wroga zamierza zostawić przy życiu tylko po to, by mógł patrzeć jak jego lud ginie. Jej ego bije sklepienie kopuły niebios. Stała się antybohaterką, najgorzej napisaną postacią w całym serialu, o zachowaniu małolaty przewracającej groźnie oczami. Nie pomaga jej totalnie drętwa gra aktorska Morfydd Clark, aktorki właściwie jednej ekspresji. Gdzie są dostojność, tajemnicza aura, gracja Galadrieli, którą sportretowała wcześniej znakomita Cate Blanchett, a od której bije blask? Gdzie mądre, wyważone decyzje bo chyba nie jest tym wyskoczenie z łodzi i przepływanie morza wpław pośrodku niczego?

Galadriela vs. Galadriela

O zgrozo bohaterowie pozytywni pozytywnymi nie są i dokładnie tym przypadkiem są także Harfootowie – lud koczowniczy z Hobbitów, który szuka swojego miejsca udając się w długą i niebezpieczną podróż wraz z całym swym dobytkiem pchając ciężkie, drewniane wozy. Niestety śpiewana maksyma nikt nie zbacza ze szlaku, nikt nie idzie sam, trzymamy się razem to niezłe banialuki, duby smalone gdyż ci sami Harfootowie zostawiają na pastwę losu tych, którzy są słabsi.

Ojciec Nori Brandyfoot (Markella Kavenagh) głównej bohaterki wątku Hobbitów, ma uszkodzoną nogę. Mimo to, musi iść na szarym końcu bo nikt nie raczy mu pomóc. Ba, niech ginie on i jego cała rodzina. Można jeszcze zasugerować żeby odkręcić koła w ich wozie bo i tak nie dadzą rady dojść o własnych siłach. Nie ma to jak opiekuńczość i dobroć mieszkańców wioski – nic tylko brać przykład. Brak konsekwencji w scenariuszu objawia się tym, że już chwilę później ten sam ojciec wygłasza płomienną przemowę pełną wdzięczności zapewniając o wzajemnym wsparciu, plotąc bzdury jakoby to Harfootowie zawsze wspierali swoich w trudnych momentach.

Nuda panie, nic się nie dzieje.

Władca pierścieni – pierścienie władzy cierpi na mnogość wątków, których ostatecznie jest stanowczo zbyt wiele, a które ciągną się niemiłosiernie przez 7 długich odcinków. Mimo, że serial chylił się już ku końcowi, w dalszym ciągu nie było rozwiązania zagadki tajemniczego przybysza (Daniel Weyman), który spadł z nieba wraz z meteorem na ziemię, a którego odnajduje Nori. Dalej nie rozwiązano zagadki kim są trzy posępne postaci w kapturach, z których jedna pali całą osadę Harfootów zmuszając ich do rozpoczęcia nowego etapu życia, gdyż wszystko co mieli spłonęło. Dalej nie wiadomo po co wymyślono siostrę Isildura (choć się domyślam), skoro pojawiła się w nic nie znaczących scenach niepotrzebnie zabierając czas innym postaciom.

Akcja z wyjątkiem odcinka 6, w którym nastąpiło starcie z orkami, płynie w serialu bardzo wolno, by nie powiedzieć zbyt wolno. Do tego następuje coś w rodzaju zakrzywienia czasoprzestrzeni. Gdy u jednych bohaterów mijają ledwie krótkie godziny, inni tego samego dnia wyruszają w daleką wyprawę mając do przebycia tysiące mil, aby spotkać się dokładnie w tym samym miejscu o tym samym czasie. Pojęcie linii czasowej w serialu praktycznie nie istnieje. Nie pomaga też montaż. Wspomnijcie moje słowa oglądając wybuch w wieży. Czy nastąpił on w Numenorze czy w kuźni Celebrimbora? Dobrze przypatrzcie się tej scenie bo odpowiedź wcale nie jest taka oczywista.

Nawet zagorzali zwolennicy serialu muszą przyznać, że serial torpeduje wręcz niemądrymi rozwiązaniami i lenistwem scenarzystów. Po spływie piroklastycznym dowiadujemy się, że wioska owszem jest spalona do gołej ziemi, ale sporo bohaterów przeżyło nie mając nawet jednego zadrapania. Po styczności z chmurą ognia, której temperatura wynosi nawet do 1000 stopni Celsjusza, mieszkańcy tych ziem powinni wyglądać jak ofiary tragedii w Pompejach (mówimy nie o czarodziejach, istotach nadprzyrodzonych, a zwykłych mieszkańcach wioski). Tymczasem otrzepują się z popiołu i jakby nigdy nic wyruszają na poszukiwania bliskich, a namiot – lecznica w tymczasowo zbudowanym obozie jest pełna ocalałych niedobitków.

Zatrzymajmy się na razie przy castingu. Z oczywistych względów mamy do czynienia z aktorami pierwszego jak i dalszego planu wszelkich ras, wymieszanych między sobą, tworzących społeczeństwo na wzór wielkich zachodnich miast. Decyzje castingowe są dość kontrowersyjne z uwagi na to, że z wyjątkiem obu Durinów, Galadrieli oraz Gil-galada, elfiego króla, mało kto pasuje do odgrywanej postaci.

Porozmawiajmy o elfach

Śmiech wzbudza wygląd elfów zwłaszcza Elronda (Robert Aramayo) i Celebrimbora obciętych tak, że przypominają słynnego piosenkarza disco polo. Krótkie, bardzo nowoczesne fryzury nie przydają im dostojnego, poważnego wyglądu, który czyniłby ich majestatycznymi, posągowymi postaciami nie z tego świata. Od lat w kulturze utrwalony jest wizerunek elfów z długimi, gładko zaczesanymi włosami. Po co to zmieniać? To tak jakby twórcy serialu krzyczeli głośno do widzów – zrobimy na przekór, żeby było jeszcze dziwniej, bo tak, dla samej kontrowersji! Teraz wszystko co jest dziwne spotyka się z uwagą i poklaskiem, nawet jeśli nie ma sensu, a może inaczej…zwłaszcza gdy nie ma sensu.

Elrond w Rings of Power

Dlaczego by nie podyskutować o tym, skoro twórcy serialu z tak wielkim budżetem powinni również przykładać uwagę do detali w ubiorze i uczesaniu? Zapewnić widza, że ogląda świat fantasy nie siląc się na takie modernistyczne rozwiązania. Tymczasem na głowie Gil-galada (Benjamin Walker) spoczywa korona przywodząca na myśl cesarstwo rzymskie i wieniec laurowy. Elfi król z dumą powinien nosić koronę imitującą pnącza tak jak miało to miejsce we Władcy pierścieni sprzed dwóch dekad. To nie są mało istotne szczegóły. To jest budowanie wiarygodnego świata i podkreślanie wyjątkowości każdej z ras.

Elf vs. Elf (Elrond u Petera Jacksona)

Celebrimbor – arcymistrz wśród kowali wizualizowany jako dobrze zbudowany, długowłosy młody bóg, w serialu jest grany przez aktora w średnim wieku Charlesa Edwardsa okutanego w pelerynę z weluru z licznymi oznakami starości na twarzy (i znów ta nieszczęsna fryzura). To nie tak, że elfowie wyglądali młodo i znacznie wyróżniali się na tle innych postaci, a sam Celebrimbor był młodszy od Galadrieli. Wybór castingowy jest co najmniej nietrafiony. Patrząc na serialowego kowala mamy wątpliwości co do jego tężyzny i niespotykanej zręczności.

Celebrimbor w Rings of Power

Nie wszystko złoto, co się świeci czyli kwestia kostiumów

Nie inaczej ma się rzecz z ubiorem. Kostiumy oraz zbroje aktorów występujących w serialu Rings of Power charakteryzuje ponownie brak spójności, nieprzemyślana kolorystyka oraz wrażenie taniości, by nie powiedzieć plastiku. Po seansie materiału filmowego przedstawiającego prace nad kostiumami w trylogii Jacksona zachwyciła mnie dokładność przy upinaniu materiału jak i ręczne doszywanie detali, wyszukane hafty, tkaniny i ornamenty zwłaszcza w przypadku króla. Nie wspominając o ręcznym kuciu zbroi i tworzeniu kolczug.

W zamyśle kostiumolodzy Ngila Dickson oraz Richard Taylor chcieli stworzyć ubrania, które nie będą kostiumami jak z teatru – dzięki tym staraniom widz nie odnosi wrażenia, że aktor został przebrany, lecz jego strój stanowi integralną z nim część i współgra z trybem życia bohatera jakiego odgrywa. Inaczej ubrany będzie elf wojownik, którego ruchy nie mogą być skrępowane w walce, inaczej krasnolud zamieszkujący Khazad-dûm trudniący się pracą w kopalni, a jeszcze inaczej Arwena – eteryczna piękność – córka Elronda i Celebriany. Nie wiedzieć czemu Disa – małżonka krasnoluda Durina IV przywdziewa w podziemiach niepraktyczne szaty z powłóczystymi rękawami i nieregularnym krojem z odsłoniętą nogą.

Również stroje Numenoryjczyków, co dobitnie pokazuje zdjęcie są przeładowane elementami niepasującymi do siebie. Mnoga ilość drapowań, mieszanina materiałów, dziwna kolorystyka powodują poczucie braku zamysłu w tworzeniu wizerunku tych bohaterów. Postaci na zdjęciu pochodzą z jednego miejsca, jednak brak tu integralności czegoś co spaja tych ludzi. Są tu zarówno elementy kojarzone z Bliskim Wschodem, szerokie ciężkie pasy, bogata biżuteria, kolor pomarańczowy i granatowy, a także elementy i kroje stroju charakterystycznego dla Rzymian czy Greków (prosta suknia empire odcinana pod biustem). Pomieszane z poplątaniem.

Kiedy tylko wyciekły pierwsze fotosy zbroi jaką zaprojektowano na potrzeby serialu Amazona, internet zawrzał. Nie trzeba być ekspertem od tej tematyki, żeby stwierdzić głośno, że coś ewidentnie poszło nie tak. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Na ekranie efekt okazał się równie mierny co na rzeczonych zdjęciach. Ostatecznie wyszło tanio, smutno, bez polotu i…niepraktycznie. Tak jakby chciano ulokować cięcia budżetowe właśnie w tym obszarze.

Paradoksalnie uzbrojenie jest bardzo ważną częścią historii o Śródziemiu. I tu wiodą prym ponownie ci biedni Númenorejczycy (wzór zbroi nadrukowany na koszulce z długim rękawem, której materiał zagina się w łokciach to zgroza), choć zbroje elfów z pierwszych odcinków przyrównano niejednokrotnie do kartonu z niestarannie wyciętym kształtem.

Przecież ludzie odpowiedzialni za ostateczny projekt i wykonanie musieli zaakceptować wygląd swojego dzieła. Jeden ze specjalistów w temacie rynsztunku z kanału Shadiversity słusznie zauważył, że zbroja kończy się za wysoko, przez co przy nieodpowiednim ruchu głową, może stanowić zagrożenie i np przyciąć skórę szyi. Innym razem naramienniki są umiejscowione w miejscu, które uniemożliwiają swobodny manewr mieczem. Jest to kolejny argument za tym, że mimo tak ogromnego budżetu wykonano brzydko prezentujące się zbroje i kostiumy, które w dodatku są niepraktyczne w walce. Po raz kolejny nasuwa się więc pytanie o wiarygodność świata przedstawionego.

To, co pochwalić trzeba

Czy jest więc coś co w nowej serialowej odsłonie świata Władcy pierścieni się udało? Pierwszym pozytywem jest ogólna prezentacja wizualna serialu. Miasta, lokacje jak i efekty specjalne robią wrażenie na współczesnym widzu stając się niejako wizytówką i popisem siły Amazon Studios. W każdym szczególe CGI widać ogromne pieniądze i najnowsze rozwiązania technologii komputerowej. Na to patrzy się dokładnie tak jak na efekty w nowoczesnych blockbusterach tyle, że w zaciszu swojego domu na mniejszym ekranie. Nie jest perfekcyjnie ponieważ niektóre lokacje takie jak królestwo elfów cierpi na brak statystów, jest tam przeraźliwie pusto, a w jednej ze scen z udziałem tłumu widać kopiuj wklej postaci, nawet w tych samych pozycjach, niemniej jednak generalnie serial od strony technicznej prezentuje się po prostu bardzo ładnie.

Wszystkie klony Rings of Power. Źródło: Reddit

Na pochwałę zasługuje Durin IV (Owain Arthur) i jego relacja nie…nie z Elrondem, a ojcem i krasnoludzkim królem Durinem III (Peter Mullan). Zwłaszcza scena kłótni gdzie doświadczenie, życiowa mądrość, troska o lud ścierają się z młodością, chęcią zaimponowania i pomocy elfom, które bez blasku niezwykle lekkiego i wytrzymałego metalu jakim był mithril, bezpowrotnie zniknęliby ze świata. To pomysł scenarzystów, którzy wątkowi elfów dodali co nieco więcej dramaturgii grożącym im wyginięciem. Niemniej jednak końcowa szczera rozmowa króla z przyszłym dziedzicem jest jednym z najmocniejszych punktów całego serialu.

I tak jest za każdym razem. Wyszykuję pojedyncze sceny godne uwagi, ponieważ serial składa się głównie z dłużyzn, nielogicznych decyzji bohaterów, a także wątków które nie wzbudzają większego zainteresowania. Bardzo szkoda, że oprócz wspominanego 6 odcinka najwięcej dzieje się dopiero w ostatnim 8 epizodzie całej serii, gdzie wreszcie swoje rozwiązanie mają dwa główne wątki i gdzie w końcu pojawiają się tytułowe pierścienie władzy.

Chyba każdy podejrzewał, kto tu będzie Sauronem, a kto czarodziejem najprawdopodobniej Gandalfem (jednego z Istari) sądząc po słowach idź za swoim nosem. Mimo, że twórcy chcieliby sprytnie odwrócić od tego uwagę robią to na tyle nieudolnie, że pomimo licznych „chytrych” zabiegów, niespodziewanych zwrotów akcji widz i tak zna prawdę od samego początku. Zbyt szybko odsłonięto wszystkie karty już w pierwszych odcinkach serii, by można było zawrócić i jakoś mądrze zaskoczyć odbiorców serialu i raczyć ich twistami.

Dlatego nie udaje się także tzw. character development (z ang. rozwój postaci) z udziałem Galadrieli. Tutaj musi być ta przysłowiowa łyżka dziegciu w beczce miodu. Zbyt wiele głupot poczyniła ta postać i zbyt wiele gorzkich słów padło z jej ust, aby móc uwierzyć w jakąkolwiek przemianę tej bohaterki. Twórcy usilnie starają się nas przekonać podrzucając dialogi o pokorze, nieuleganiu pokusom czy złu. Co z tego, skoro nic innego prócz pustych frazesów nie stoi za domniemaną metamorfozą elfki, a jej czyny przeczą słowom. Przez dobrych 7 odcinków nie zbudowano odpowiednich fundamentów, by móc brać pod uwagę jakąkolwiek przemianę tej postaci.

Jedyna dobra scena z udziałem Galadrieli to ta z ostatniego, finałowego odcinka, lecz dzieje się tak za sprawą towarzyszącego jej Halbranda (w tej roli Charlie Wickers). Aktor dźwiga tę scenę i pogodne oblicze zamienia w posępną twarz złowieszczego, mrocznego Saurona. Swoiste kuszenie Galadrieli jest jedną z najciekawszych wizualnie scen, w której to część sekwencji rozgrywa się w umyśle bohaterki, a część na jawie.

Sauron usiłuje namówić ją aby stanęła u jego boku i rządziła Śródziemiem wraz z nim. Scena jest emocjonalna gdyż czarnoksiężnik uświadamia elfce, że nikt inny, tylko właśnie ona zasugerowała że może być królem krajów Południa i to dzięki jej poczynaniom trafił ostatecznie do kuźni Celebrimbora, by towarzyszyć w procesie tworzenia pierścieni (jakby tego było mało Celebrimbor, mistrz w swoim fachu niczym ślepiec podąża za radami nieznanego przybysza). Scena ta jest dobrze zrealizowana i przykuwa uwagę przez cały czas jej trwania do momentu kiedy Galadriela ocknie się w ramionach Elronda, a odrzucony Sauron przywdzieje czarną pelerynę, by podążyć do Mordoru ku Górze Przeznaczenia.

Do tej pory pominęłam dwa z najjaśniejszych punktów produkcji, mianowicie głównego antagonistę Adara (Joseph Mawle) oraz poddanych mu orków. W prawdzie z tych ostatnich uczyniono wampirów, których skóra dosłownie pali się po kontakcie ze słońcem, ale ogólne wrażenie jest jak najbardziej złowieszcze czyli dokładnie takie jakie powinny te postaci wywoływać.

Paradoksalnie król orków prezentuje się chyba najbardziej elfio (elficko?) ze wszystkich elfów na ekranie, gdyby usunąć z jego twarzy liczne blizny i bruzdowate zmiany. Nie spodziewaliśmy się także, że to on będzie się tak troszczył o swój lud szukając dla niego miejsca do osiedlenia, i że koniec końców wyda się mniej mroczny od samej Galadrieli (co przecież w przypadku prozy Tolkiena byłoby nie do pomyślenia gdyż zło i dobro są dokładnie zdefiniowane a źli są właśnie orkowie, ale cóż taką Galadrielę stworzyli scenarzyści i showrunnerzy).

Największą zagadką nie pozostają wcale dalsze losy postaci i przyszły ciąg zdarzeń, ale czy faktycznie powstanie aż 5 z planowanych sezonów. Sądząc po reakcjach i ocenach, twórcy Pierścieni władzy nie tylko stracili zaufanie jakim zostali obdarzeni, ale także utracili swoją wiarygodność po tym jak Amazon skrupulatnie, bezpardonowo usuwał negatywne recenzje swojego dzieła, notabene wystawione przez klientów usług streamingowych od tego giganta. Może być tak, że pieniądze to jednak nie wszystko i jednak liczy się jeszcze odbiorca.

Płać, patrz i tańcz jak zagramy

Przebudzenie? Na razie bym na to nie liczyła. Na razie Amazon traktuje swoich widzów jak mało rozgarniętych człowieczków, podając w serialu na tacy najprostsze rozwiązania, niekiedy popełniając takie potworki jak podmianę napisu Southlands na Mordor. Część odbiorców na pewno nie oburzy się na takie zagrania, na forach filmowych niekiedy czytam prośby o wytłumaczenie najprostszych wątków lub szybkie streszczenie bo komuś nie chciało się dokończyć odcinka trwającego około godziny.

Zgoda, część widzów ogląda kolejne produkcje bez pomyślunku, przeglądając co chwilę telefon, ale jest jeszcze ta druga strona dla której powrót do Śródziemia po 20 latach (nie licząc nowszego Hobbita z lat 2012-2014) był bardzo wyczekiwany, a z samą wielką produkcją Amazon Studios były wiązane nadzieje na wspaniałe widowisko i angażujące wątki. Ta druga część widzów może mieć problem z dzisiejszymi serialami począwszy od Wiedźmina, którego trzeci sezon zapowiadany jest na końcówkę tego roku, a właśnie na Rings of Power kończąc. Moje zarzuty nie są bezpodstawne zwłaszcza przy okazji wywiadu Tomasza Bagińskiego.

Widownia się zmienia. To wszystko się zmienia. Widzę bardzo duże przyspieszenie procesów, o których pisał Jacek Dukaj w książce „Po piśmie”, gdzie (jest) odrywanie się od ciągów przyczynowo-skutkowych, odrywanie się od narracji liniowej, odrywanie się od narracji typowo, czysto książkowej. Jak się patrzy na to, kto ogląda seriale, to im młodsi widzowie, tym logika intrygi jest mniej istotna.

Nie chodzi tu o to, że dziś cała młodzież ogląda tylko i wyłącznie TikToka i nie potrafi skupić uwagi dłużej niż kilka minut, kojarzyć faktów i je łączyć, ale wyraźny jest trend zwłaszcza w zachodnich społeczeństwach, a trendy szybko wyłapują producenci seriali i dostosowują swój produkt do odbiorcy. Tak – produkt dla konsumenta, bo tym właśnie jest dla Netflixa czy Amazonu widz.

Na rynku jest już przesyt odcinkowych produkcji, seriale powstają jeden po drugim i coraz trudniej doszukać się perły wśród zalewu szarości. Nie chodzi tu o tzw. dziaderskie czy boomerskie gadanie „kiedyś to było”, ale o trend utrzymujący swoją mocną pozycję i póki tak będzie, fabuła, rys psychologiczny postaci, dialogi dające do myślenia będą miały niewielkie znaczenie i ustąpią kolorowemu CGI, aby dobrze się patrzyło, miałkim postaciom, aby za dużo nie myśleć, a sterylnie czysty świat fantasy pozbawiony mroku będzie tak perfekcyjny, aby widz nie potrzebował nic więcej. Treść książek na podstawie których serial powstaje jest zbędna, bo zbyt skomplikowana dla współczesnego widza, należy więc ją wyrzucić i zastąpić własnymi pomysłami czerpiąc z uniwersum to co należy – słynne na cały świat imiona i nazwy własne.

Celowo nie podaję tu przykładu najnowszej propozycji HBO Rodu Smoka (House of the Dragon) ponieważ jako jeden z nielicznych, serial broni się świetnie nakreślonymi postaciami, wciągającą intrygą i jest produkcją godną polecenia, nie bez powodu przemieloną i porównywaną na każdym szczeblu z Rings of Power. Na szczęście od czasu do czasu trend zostaje przełamany i możemy na ekranie obejrzeć właśnie jedną z takich pereł. Ja jednak w tym artykule nie będę rozwodzić się na temat tej produkcji bo nie o Rodzie Smoka tu mowa i jeszcze zostały mi do obejrzenia dwa ostatnie odcinki, by wyrobić sobie pełne zdanie o pierwszym sezonie serialu. Porównania są jak najbardziej zrozumiałe gdyż to dwie największe i najgłośniejsze serialowe premiery 2022 roku.

Dziś problemem fantasy w serialach jest to, że stanowi odbicie dzisiejszego pomieszanego świata podczas gdy powinien jak najbardziej różnić się od niego.

Coraz trudniej o tę ucieczkę z uwagi na potrzebę zaspokojenia roszczeń współczesnego leniwego odbiorcy, oczywiście znów nasuwa się wspomnienie wywiadu Tomka Bagińskiego przy okazji Wiedźmina, w którym stwierdził on ni mniej ni więcej, że obecnie kręci się filmy i seriale dla mas – proste, nieskupiające uwagi i niewymagające myślenia. Ja za kolejne generyczne fantasy do kotleta bardzo dziękuję.

Może minie kolejne 20 lat aż ktoś inny zainteresuje się przeniesieniem świata Tolkiena na ekran i być może zrobi to na takim poziomie jak Peter Jackson lub lepiej. Z całą pewnością Władca pierścieni – pierścienie władzy nie zapisze się w historii jako jeden z najlepszych seriali fantasy choć bardzo do tego aspirowali jego twórcy, choć wydano na produkcję i marketing prawie miliard dolarów. Może jednak pieniądze to nie wszystko, a trend bylejakości minie i na powrót wartością będą dobry scenariusz, pełnokrwiste postaci i mądre dialogi?

Moja ocena pierwszego sezonu:

Inne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *